Wyobraźmy sobie scenę, która jeszcze piętnaście lat temu wydawałaby się absurdalna: matka budzącą dwuletnie dziecko z drzemki, żeby zdążyć z publikacją sponsorowanego posta na Instagramie. Dziecko musi wyglądać na „naturalnie roześmiane", tło powinno być jasne i estetyczne, a produkt – ekologiczny krem do twarzy – musi znaleźć się w kadrze, ale nie zbyt nachalnie. To nie jest fikcja literacka. To codzienność wielu rodzin, które zbudowały swoją obecność w mediach społecznościowych wokół wizerunku potomstwa.
Od rodzicielstwa do zarządzania marką
Termin „sharenting" – zbitka angielskich słów sharing i parenting – pojawił się w debacie publicznej na początku drugiej dekady XXI wieku, ale zjawisko, które opisuje, ewoluowało w kierunku znacznie bardziej niepokojącym niż zwykłe dzielenie się rodzicielską dumą. Alicia Blum-Ross i Sonia Livingstone w swoich badaniach z 2017 roku zwróciły uwagę na fundamentalną zmianę: rodzice przestali być jedynie narratorami życia swoich dzieci, a stali się kuratorami ich cyfrowego wizerunku – z rosnącą świadomością, że ten wizerunek ma wymierną wartość rynkową.1
Współczesny influencer parentingowy nie publikuje zdjęć dziecka dlatego, że chce je pokazać babci mieszkającej w innym mieście. Publikuje je, ponieważ każde takie zdjęcie jest elementem przemyślanej strategii budowania zasięgów, angażowania odbiorców i – ostatecznie – generowania przychodu. Anna Brosch już w 2016 roku pisała o tym, że sharenting staje się praktyką, w której granica między troską rodzicielską a eksploatacją wizerunku dziecka ulega niebezpiecznemu zatarciu.2
Dziecko jako content
Problem nie polega na tym, że rodzice fotografują swoje dzieci. Problem zaczyna się tam, gdzie dziecko przestaje być podmiotem, a staje się contentem – treścią optymalizowaną pod algorytmy platform społecznościowych. Crystal Abidin, badaczka mikrocelebrytyzmu w Azji Południowo-Wschodniej, jako jedna z pierwszych opisała mechanizm, w którym influencerzy traktują swoje potomstwo jako „naturalny" element marki osobistej, budując wokół niego narrację autentyczności i bliskości, która jest w istocie starannie wyreżyserowaną strategią komercyjną.3
W tym modelu dziecko pełni funkcję katalizatora zaangażowania. Posty z udziałem dzieci generują średnio trzykrotnie więcej interakcji niż treści bez nich – wiedzą o tym zarówno twórcy, jak i marki, które z nimi współpracują. Powstaje więc układ, w którym interesy ekonomiczne rodzica-influencera wchodzą w bezpośredni konflikt z prawem dziecka do prywatności i autonomii.
„Rodzic-influencer znajduje się w pozycji strukturalnie niemożliwej do pogodzenia: jest jednocześnie opiekunem dziecka i menedżerem jego wizerunku. Te dwie role mają fundamentalnie sprzeczne cele."
Konflikt ról: opiekun kontra menedżer
Ten konflikt interesów jest szczególnie dotkliwy, ponieważ dziecko – w przeciwieństwie do dorosłego celebryty – nie wybrało życia publicznego i nie ma możliwości wyrażenia świadomej zgody na wykorzystanie swojego wizerunku. Dwulatek nie rozumie, czym jest Instagram, trzylatka nie wie, że jej poranny płacz został nagrany i obejrzany przez dwieście tysięcy osób, a sześciolatek nie potrafi ocenić długoterminowych konsekwencji tego, że jego trudności szkolne stały się tematem viralowego filmiku.
Prawo w większości krajów europejskich nie nadąża za tą rzeczywistością. Polskie przepisy dotyczące ochrony wizerunku dziecka powstały w epoce, gdy największym zagrożeniem było nieautoryzowane zdjęcie w gazecie, nie zaś systematyczne budowanie marki komercyjnej na fundamencie codziennego życia kilkulatka. Francja, która w 2024 roku jako pierwsza w Europie wprowadziła prawo regulujące pracę dzieci-influencerów, wyznaczyła kierunek, ale wciąż pozostaje wyjątkiem na mapie kontynentu.
Pytanie, które powinniśmy sobie zadać, nie brzmi: „czy rodzice mają prawo publikować zdjęcia swoich dzieci?" – bo oczywiście mają. Pytanie brzmi: w którym momencie rodzicielska duma przechodzi w zawodową eksploatację i kto powinien pilnować tej granicy, skoro sami zainteresowani mają oczywisty powód, żeby jej nie dostrzegać.