Kiedy rodzicielstwo staje się marką

Sharenting, komercjalizacja wizerunku, algorytmy profilujące najmłodszych – przyglądamy się zjawiskom, które zmieniają sposób, w jaki dzieci funkcjonują w cyfrowym świecie.

Dziecko z tabletem
81%
dzieci poniżej 2. roku życia ma już ślad cyfrowy
~1500
zdjęć dziecka publikuje przeciętny rodzic przed jego 5. urodzinami
72%
nastolatków odczuwa dyskomfort z powodu zdjęć wrzuconych przez rodziców

Co piszemy

Teksty publicystyczne łączące perspektywę socjologiczną z codzienną rzeczywistością cyfrowego rodzicielstwa.

Sharenting 8 stycznia 2026

Kiedy dziecko staje się marką

O powiązaniu wizerunku rodzica i dziecka w mediach społecznościowych. Gdzie kończy się rodzinna pamiątka, a zaczyna content?

Weronika Kamińska · socjolożka
Bourdieu 22 stycznia 2026

Kapitały Bourdieu w erze influencerów

Jak wizerunek dziecka zamienia się w walutę – mechanizm konwersji kapitałów w praktyce mediów społecznościowych.

Marta Nowicka · medioznawczyni
Goffman 5 lutego 2026

Rekwizyt na scenie, produkt w lejku

Dziecko między dramaturgią Goffmana a logiką marketingowego lejka sprzedażowego.

Weronika Kamińska · socjolożka
Ślad cyfrowy 19 lutego 2026

Ślad cyfrowy dziecka – niewidzialny bagaż

Zanim dziecko nauczy się pisać, internet już je zna. O cyfrowej tożsamości budowanej od kołyski.

Aleksandra Zielińska · psycholożka
AI 7 marca 2026

Algorytmy, które znają Twoje dziecko lepiej niż Ty

Profilowanie, bańki filtrujące, deepfake – jak sztuczna inteligencja zmienia zasady gry.

Marta Nowicka · medioznawczyni
Prawo 17 grudnia 2025

Francja pokazuje drogę

Jak Europa reguluje cyfrowe dzieciństwo — od RODO po prawo pracy dzieci-influencerów.

Marta Nowicka · medioznawczyni
Screen time 3 listopada 2025

Kiedy ekran zastępuje plac zabaw

Mit i rzeczywistość cyfrowego dzieciństwa — nie każdy ekran jest równy.

Aleksandra Zielińska · psycholożka
Parasocjalność 12 września 2025

Obce dzieci, bliskie emocje

Parasocjalne relacje z cudzymi dziećmi w rodzicielskim internecie.

Marta Nowicka · medioznawczyni
Zgoda 28 czerwca 2025

Zgoda, której nie było

O autonomii dziecka i prawie do decydowania o własnym wizerunku.

Weronika Kamińska · socjolożka
Regulacje 15 kwietnia 2025

Prawo Coogana w erze TikToka

Dlaczego potrzebujemy nowych regulacji chroniących pracę dzieci w internecie.

Aleksandra Zielińska · psycholożka

Artykuły

Pełna lista opublikowanych materiałów – od socjologii sharentingu po zagrożenia algorytmiczne.

Sharenting 8 stycznia 2026

Kiedy dziecko staje się marką – o powiązaniu wizerunku rodzica i dziecka w sieci

Gdzie kończy się rodzinna pamiątka, a zaczyna content generujący przychody?

Weronika Kamińska · socjolożka, doktorantka UJ
Bourdieu 22 stycznia 2026

Kapitały Bourdieu w erze influencerów – jak wizerunek dziecka zamienia się w walutę

Mechanizm konwersji kapitałów w świecie influencer marketingu rodzicielskiego.

Marta Nowicka · medioznawczyni, publicystka
Goffman 5 lutego 2026

Rekwizyt na scenie, produkt w lejku – dziecko między Goffmanem a marketingiem

Dramaturgia społeczna i lejek sprzedażowy – dwie perspektywy, jeden problem.

Weronika Kamińska · socjolożka, doktorantka UJ
Ślad cyfrowy 19 lutego 2026

Ślad cyfrowy dziecka – niewidzialny bagaż, który rośnie od kołyski

O trzech rodzajach cyfrowego śladu i konsekwencjach, których nie widać od razu.

Aleksandra Zielińska · psycholożka dziecięca, badaczka UW
AI 7 marca 2026

Algorytmy, które znają Twoje dziecko lepiej niż Ty

Profilowanie, deepfake, dark patterns – nowe wymiary zagrożeń cyfrowych.

Marta Nowicka · medioznawczyni, publicystka
Prawo 17 grudnia 2025

Francja pokazuje drogę – jak Europa reguluje cyfrowe dzieciństwo

Od francuskiego prawa po RODO – europejskie podejście do ochrony dzieci online.

Marta Nowicka · medioznawczyni, publicystka
Screen time 3 listopada 2025

Kiedy ekran zastępuje plac zabaw – mit i rzeczywistość cyfrowego dzieciństwa

Nie każdy czas ekranowy jest taki sam. Co mówią badania, a czego nie mówią nagłówki.

Aleksandra Zielińska · psycholożka dziecięca, badaczka UW
Parasocjalność 12 września 2025

Obce dzieci, bliskie emocje – parasocjalne relacje w rodzicielskim internecie

Dlaczego obcy ludzie czują, że „znają" Twoje dziecko — i co z tego wynika.

Marta Nowicka · medioznawczyni, publicystka
Zgoda 28 czerwca 2025

Zgoda, której nie było – o autonomii dziecka w świecie sharentingu

Prawo do bycia zapomnianym, art. 16 Konwencji o prawach dziecka i pokolenie pozwów.

Weronika Kamińska · socjolożka, doktorantka UJ
Regulacje 15 kwietnia 2025

Prawo Coogana w erze TikToka – dlaczego potrzebujemy nowych regulacji

Co Hollywood dawno zrozumiało, a internet wciąż ignoruje.

Aleksandra Zielińska · psycholożka dziecięca, badaczka UW
Wróć do artykułów
Dziecko patrzące w ekran telefonu trzymanego przez rodzica

Kiedy dziecko staje się marką – o powiązaniu wizerunku rodzica i dziecka w sieci

Wyobraźmy sobie scenę, która jeszcze piętnaście lat temu wydawałaby się absurdalna: matka budzącą dwuletnie dziecko z drzemki, żeby zdążyć z publikacją sponsorowanego posta na Instagramie. Dziecko musi wyglądać na „naturalnie roześmiane", tło powinno być jasne i estetyczne, a produkt – ekologiczny krem do twarzy – musi znaleźć się w kadrze, ale nie zbyt nachalnie. To nie jest fikcja literacka. To codzienność wielu rodzin, które zbudowały swoją obecność w mediach społecznościowych wokół wizerunku potomstwa.

Od rodzicielstwa do zarządzania marką

Termin „sharenting" – zbitka angielskich słów sharing i parenting – pojawił się w debacie publicznej na początku drugiej dekady XXI wieku, ale zjawisko, które opisuje, ewoluowało w kierunku znacznie bardziej niepokojącym niż zwykłe dzielenie się rodzicielską dumą. Alicia Blum-Ross i Sonia Livingstone w swoich badaniach z 2017 roku zwróciły uwagę na fundamentalną zmianę: rodzice przestali być jedynie narratorami życia swoich dzieci, a stali się kuratorami ich cyfrowego wizerunku – z rosnącą świadomością, że ten wizerunek ma wymierną wartość rynkową.1

Współczesny influencer parentingowy nie publikuje zdjęć dziecka dlatego, że chce je pokazać babci mieszkającej w innym mieście. Publikuje je, ponieważ każde takie zdjęcie jest elementem przemyślanej strategii budowania zasięgów, angażowania odbiorców i – ostatecznie – generowania przychodu. Anna Brosch już w 2016 roku pisała o tym, że sharenting staje się praktyką, w której granica między troską rodzicielską a eksploatacją wizerunku dziecka ulega niebezpiecznemu zatarciu.2

Dziecko jako content

Problem nie polega na tym, że rodzice fotografują swoje dzieci. Problem zaczyna się tam, gdzie dziecko przestaje być podmiotem, a staje się contentem – treścią optymalizowaną pod algorytmy platform społecznościowych. Crystal Abidin, badaczka mikrocelebrytyzmu w Azji Południowo-Wschodniej, jako jedna z pierwszych opisała mechanizm, w którym influencerzy traktują swoje potomstwo jako „naturalny" element marki osobistej, budując wokół niego narrację autentyczności i bliskości, która jest w istocie starannie wyreżyserowaną strategią komercyjną.3

W tym modelu dziecko pełni funkcję katalizatora zaangażowania. Posty z udziałem dzieci generują średnio trzykrotnie więcej interakcji niż treści bez nich – wiedzą o tym zarówno twórcy, jak i marki, które z nimi współpracują. Powstaje więc układ, w którym interesy ekonomiczne rodzica-influencera wchodzą w bezpośredni konflikt z prawem dziecka do prywatności i autonomii.

„Rodzic-influencer znajduje się w pozycji strukturalnie niemożliwej do pogodzenia: jest jednocześnie opiekunem dziecka i menedżerem jego wizerunku. Te dwie role mają fundamentalnie sprzeczne cele."

Konflikt ról: opiekun kontra menedżer

Ten konflikt interesów jest szczególnie dotkliwy, ponieważ dziecko – w przeciwieństwie do dorosłego celebryty – nie wybrało życia publicznego i nie ma możliwości wyrażenia świadomej zgody na wykorzystanie swojego wizerunku. Dwulatek nie rozumie, czym jest Instagram, trzylatka nie wie, że jej poranny płacz został nagrany i obejrzany przez dwieście tysięcy osób, a sześciolatek nie potrafi ocenić długoterminowych konsekwencji tego, że jego trudności szkolne stały się tematem viralowego filmiku.

Prawo w większości krajów europejskich nie nadąża za tą rzeczywistością. Polskie przepisy dotyczące ochrony wizerunku dziecka powstały w epoce, gdy największym zagrożeniem było nieautoryzowane zdjęcie w gazecie, nie zaś systematyczne budowanie marki komercyjnej na fundamencie codziennego życia kilkulatka. Francja, która w 2024 roku jako pierwsza w Europie wprowadziła prawo regulujące pracę dzieci-influencerów, wyznaczyła kierunek, ale wciąż pozostaje wyjątkiem na mapie kontynentu.

Pytanie, które powinniśmy sobie zadać, nie brzmi: „czy rodzice mają prawo publikować zdjęcia swoich dzieci?" – bo oczywiście mają. Pytanie brzmi: w którym momencie rodzicielska duma przechodzi w zawodową eksploatację i kto powinien pilnować tej granicy, skoro sami zainteresowani mają oczywisty powód, żeby jej nie dostrzegać.

Powiązane artykuły

Czytaj też: Kapitały Bourdieu w erze influencerów Czytaj też: Dziecko jako dekoracja – Goffman w świecie Instagrama
Biblioteka z rzędami książek – symbolika kapitału kulturowego

Kapitały Bourdieu w erze influencerów – jak wizerunek dziecka zamienia się w walutę

Pierre Bourdieu prawdopodobnie nie wyobrażał sobie Instagrama, gdy w latach osiemdziesiątych XX wieku formułował swoją teorię kapitałów. A jednak jego aparat pojęciowy okazuje się zaskakująco precyzyjnym narzędziem do analizy tego, co dzieje się w świecie rodzicielskiego influencerstwa – świecie, w którym urocze zdjęcie trzylatka jedzącej lody jest jednocześnie aktem miłości, gestem autoprezentacji i instrumentem finansowym.

Cztery kapitały, jedno dziecko

Przypomnijmy: Bourdieu wyróżnił cztery formy kapitału, które jednostki gromadzą i wymieniają w przestrzeni społecznej. Kapitał ekonomiczny to pieniądze i dobra materialne. Kapitał kulturowy obejmuje wiedzę, kompetencje, wykształcenie i gust. Kapitał społeczny to sieć relacji i kontaktów. Wreszcie kapitał symboliczny – prestiż, uznanie, autorytet – działa jako swoista nadbudowa nad trzema pozostałymi, legitymizując pozycję jednostki w hierarchii społecznej.1

To, co Bourdieu uznawał za kluczową dynamikę życia społecznego, to konwersja – nieustanne przekształcanie jednego rodzaju kapitału w inny. Absolwent prestiżowej uczelni (kapitał kulturowy) nawiązuje kontakty w branży (kapitał społeczny), co prowadzi do lukratywnej kariery (kapitał ekonomiczny) i statusu eksperta (kapitał symboliczny). Ten mechanizm, opisany jeszcze wyraźniej w późniejszych pracach Bourdieu2, w erze mediów społecznościowych nabrał tempa, jakiego francuski socjolog nie mógłby przewidzieć.

Konwersja kapitałów w praktyce influencerskiej

Wizerunek dziecka generuje kapitał społeczny (obserwujący, zaangażowana społeczność), który konwertuje się w kapitał ekonomiczny (współprace reklamowe, umowy sponsorskie), a ten z kolei buduje kapitał symboliczny (status „eksperta od rodzicielstwa", zaproszenia medialne, autorytet). Na każdym etapie tej konwersji to dziecko – jego twarz, emocje, codzienność – stanowi podstawowy surowiec.

Dziecko jako katalizator konwersji

Najbardziej niepokojącym aspektem tej dynamiki jest rola, jaką w niej odgrywa dziecko. Nie jest ono beneficjentem procesu konwersji kapitałów – jest jego katalizatorem. Rodzic gromadzi obserwujących dzięki treściom z udziałem dziecka, buduje na tej bazie markę osobistą, monetyzuje zasięgi, a następnie reinwestuje zyski w dalszą produkcję contentu. Dziecko jest jednocześnie surowcem, narzędziem produkcji i – nieświadomie – twarzą marki.

Andra Siibak i Keily Traks w swoich badaniach nad estońskimi rodzinami zwróciły uwagę na asymetrię władzy wpisaną w tę relację: rodzic kontroluje zarówno produkcję wizerunku dziecka, jak i dystrybucję zysków płynących z jego eksploatacji.3 Dziecko nie ma głosu w kwestii tego, jakie fragmenty jego życia zostaną upublicznione, nie uczestniczy w negocjacjach ze sponsorami i nie otrzymuje wynagrodzenia za swoją – bo trudno to nazwać inaczej – pracę.

Asymetria, która wymaga nazwania

To właśnie Bourdieu daje nam narzędzia do zrozumienia, dlaczego ta sytuacja jest strukturalnie niesprawiedliwa – nie tylko moralnie niewygodna. W jego ujęciu każda forma kapitału wiąże się z władzą: władzą definiowania, klasyfikowania, narzucania ram interpretacyjnych. Rodzic-influencer posiada wszystkie cztery formy kapitału i swobodnie je konwertuje. Dziecko nie posiada żadnej – nie dlatego, że jest za małe, żeby je zdobyć, lecz dlatego, że system jest tak skonstruowany, iż kapitały generowane przez jego wizerunek zasilają konto rodzica.

„W klasycznym ujęciu Bourdieu kapitały są dziedziczone – rodzice przekazują je dzieciom. W modelu influencerskim ten wektor się odwraca: to dziecko, nie wiedząc o tym, zasila kapitały rodzica."

Porównanie z tradycyjnym show-biznesem nasuwa się samo. Dziecko-aktor w Hollywood przynajmniej formalnie podlega regulacjom dotyczącym czasu pracy, wynagrodzenia i ochrony zarobków (tzw. prawo Coogana). Dziecko-influencer w Polsce nie podlega żadnym analogicznym przepisom. Jego „praca" odbywa się w domu, nie jest rejestrowana jako praca, a zyski z niej trafiają na konto rodzica bez jakiejkolwiek instytucjonalnej kontroli.

Teoria Bourdieu nie daje gotowych rozwiązań prawnych ani etycznych. Daje jednak coś równie cennego: język, w którym można precyzyjnie opisać mechanizm, który bez tego języka wygląda po prostu jak „rodzice wrzucający zdjęcia dzieci". Za fasadą niewinności kryje się bowiem system konwersji kapitałów, w którym jedno z ogniw – to najmłodsze – nie ma żadnej sprawczości.

Powiązane artykuły

Czytaj też: Kiedy dziecko staje się marką Czytaj też: Lejek sprzedażowy z dzieckiem w roli głównej
Scena teatralna z reflektorami – metafora Goffmanowskiej dramaturgii

Rekwizyt na scenie, produkt w lejku – dziecko między Goffmanem a marketingiem

Erving Goffman pisał o życiu społecznym jako o teatrze, w którym każdy z nas odgrywa starannie przygotowane role, przełączając się między sceną a kulisami. Jego koncepcja dramaturgii społecznej, sformułowana w 1959 roku, miała opisywać interakcje twarzą w twarz w kawiarniach, biurach i na ulicach. Sześćdziesiąt lat później okazuje się, że Instagram jest sceną doskonalszą niż cokolwiek, co Goffman mógł zaobserwować – sceną, na której spektakl trwa dwadzieścia cztery godziny na dobę, widownia liczy setki tysięcy osób, a wśród aktorów są dzieci, które nigdy nie prosiły o angaż.1

Fasada osobista i dziecko jako dekoracja

W Goffmanowskim modelu każdy aktor społeczny dysponuje „fasadą osobistą" – zestawem rekwizytów, gestów i atrybutów, które służą budowaniu pożądanego wrażenia. Fasada składa się z elementów, które aktor kontroluje: ubioru, mimiki, sposobu mówienia. Ale obejmuje też „dekorację" – otoczenie, w którym rozgrywa się przedstawienie. Mieszkanie, samochód, krajobraz w tle. I – w przypadku rodzica-influencera – dziecko.

Bernie Hogan rozszerzył koncepcję Goffmana na świat cyfrowy, argumentując, że profile w mediach społecznościowych funkcjonują jak „wystawy" – starannie kuratorowane prezentacje tożsamości, które w odróżnieniu od interakcji na żywo mogą być nieskończenie szlifowane przed publikacją.2 Kumar i Schoenebeck poszli dalej, pokazując, że rodzice świadomie konstruują cyfrowe wizerunki swoich dzieci w sposób, który odzwierciedla ich własne aspiracje tożsamościowe, a nie rzeczywistość życia z małym dzieckiem.3

„Na Goffmanowskiej scenie Instagrama dziecko nie jest aktorem – jest rekwizytem. Nie odgrywa własnej roli, lecz zostaje obsadzone w roli, którą napisał dla niego rodzic."

Front stage bez backstage'u

Kluczową kategorią w dramaturgii Goffmana jest rozróżnienie między front stage (sceną) a backstage (kulisami). Na scenie odgrywamy role; za kulisami odpoczywamy, przygotowujemy się, jesteśmy „sobą". Zdrowe funkcjonowanie społeczne wymaga obu przestrzeni. Tymczasem commercial sharenting – praktyka systematycznego komercyjnego wykorzystywania wizerunku dziecka w mediach społecznościowych – likwiduje backstage dziecka niemal całkowicie.4

Poranny płacz, pierwszy dzień w przedszkolu, wizyta u dentysty, kłótnia z rodzeństwem – momenty, które w normalnym dzieciństwie pozostają za kulisami, stają się materiałem na content. Crystal Abidin opisała ten mechanizm jako „intimate labour" – pracę intymności, w której prywatne chwile są przekształcane w towary medialne.5 Catherine Archer wskazała z kolei na długofalowe konsekwencje tego procesu: dzieci dorastające bez poczucia backstage'u mogą mieć trudności z budowaniem autentycznych relacji i tożsamości w dorosłym życiu.6

Od sceny do lejka

Goffmanowska metafora teatru pozwala zrozumieć, jak dziecko funkcjonuje w przestrzeni symbolicznej. Ale influencer marketing ma też swoją zimną, analityczną stronę – lejek sprzedażowy, czyli model opisujący drogę konsumenta od pierwszego kontaktu z marką do zakupu. I tu dziecko odgrywa rolę na każdym etapie, choć nikt go o to nie pytał. Kopecky i współpracownicy zwrócili uwagę, że komercyjne wykorzystanie wizerunku dziecka wykracza daleko poza pojedyncze posty sponsorowane – stanowi element systematycznej strategii marketingowej.7

Dziecko w otoczeniu kolorowych zabawek – codzienność przekształcona w content
Uwaga – urocze treści przyciągają odbiorców
Zaangażowanie – emocjonalna więź
Rekomendacja – naturalny kontekst produktu
Konwersja – zakup

Na szczycie lejka jest uwaga: urocze zdjęcia i filmy z dzieckiem przyciągają nowych odbiorców, algorytmy je promują, zasięgi rosną. Etap drugi to zaangażowanie: widzowie zaczynają śledzić codzienność rodziny, buduje się emocjonalna więź parasocjalna – poczucie, że „znam to dziecko", „kibicuję tej rodzinie". Trzeci etap to rekomendacja: produkt pojawia się w „naturalnym" kontekście życia rodzinnego – dziecko je jogurt danej marki, bawi się konkretną zabawką, nosi ubrania od sponsora. Wreszcie konwersja: obserwujący kupuje produkt, bo ufa rodzicowi-influencerowi tak, jak ufa znajomemu. Na każdym z tych etapów dziecko pełni kluczową funkcję – i na żadnym z nich nie jest pytane o zgodę.

Rekwizyt, który dorośnie

Goffman pisał o „zarządzaniu wrażeniem" jako o uniwersalnej kompetencji społecznej – umiejętności, którą każdy dorosły opanowuje w procesie socjalizacji. Ale zarządzanie wrażeniem zakłada świadomość i dobrowolność. Dziecko-influencer nie zarządza wrażeniem – wrażenie jest zarządzane za nie. Nie wybiera roli – jest w nią obsadzone. Nie kontroluje fasady – jest jej częścią.

Najbardziej ironiczny aspekt tej sytuacji polega na tym, że te dzieci kiedyś dorosną. I odkryją, że ich backstage – te wszystkie prywatne, kruche, intymne momenty dzieciństwa – został na zawsze przeniesiony na scenę. Bez ich wiedzy, bez ich zgody i często – co najtrudniej im będzie zaakceptować – dla cudzego zysku.

Powiązane artykuły

Czytaj też: Kapitały Bourdieu w erze influencerów Czytaj też: Ślad cyfrowy dziecka – niewidzialny bagaż
Dziecko w świetle ekranu — cyfrowy ślad zaczyna się wcześniej, niż myślisz

Ślad cyfrowy dziecka — niewidzialny bagaż, który rośnie od kołyski

Zanim dziecko wypowie pierwsze słowo, internet wie o nim już całkiem sporo. Zdjęcie z USG wrzucone na Facebooka, post o wynikach badań prenatalnych, relacja z baby shower — to wszystko dane. Dane, które nie znikają, które indeksują wyszukiwarki i które kiedyś mogą trafić w ręce osób, o których istnieniu rodzice nawet nie pomyśleli. Według raportu AVG Technologies z 2014 roku aż 81 procent dzieci w krajach zachodnich posiada jakąś formę obecności cyfrowej przed ukończeniem drugiego roku życia, a niemal jedna trzecia pojawia się w sieci jeszcze przed narodzinami.1 Od tego czasu proporcje te z pewnością wzrosły.

Trzy warstwy jednego śladu

Badacze cyfrowego dzieciństwa wyróżniają trzy kategorie śladów. Pierwszy to ślad aktywny — wszystko, co dziecko samo publikuje, gdy już dorośnie na tyle, by obsługiwać smartfon. Drugi to ślad pasywny: pliki cookies, dane lokalizacyjne, metadane zdjęć gromadzone bez świadomego udziału użytkownika. Trzeci, bodaj najbardziej problematyczny, to ślad tworzony przez innych — przez rodziców, dziadków, nauczycieli, rówieśników. Sonia Livingstone i jej zespół z London School of Economics podkreślają, że ta ostatnia kategoria wymyka się wszelkim mechanizmom kontroli, bo decyzja o publikacji należy do kogoś, kto nie jest podmiotem danych.2

Ślad cyfrowy (digital footprint)

Suma wszystkich danych o osobie dostępnych w internecie — od świadomie publikowanych treści, przez metadane urządzeń, po informacje udostępniane przez osoby trzecie. W przypadku dzieci większość tego śladu powstaje bez ich wiedzy i zgody.

Dane, które nie starzeją się razem z dzieckiem

Problem z cyfrowym śladem nie polega wyłącznie na tym, że istnieje. Polega na tym, że jest trwały w sposób, którego ludzka intuicja nie obejmuje. Zdjęcie pięciolatka w kostiumie kąpielowym, opublikowane z niewinną intencją, może za piętnaście lat zostać wyrwane z kontekstu. Stacy Steinberg, prawniczka z Uniwersytetu Florydy, jako jedna z pierwszych zwróciła uwagę na fundamentalny konflikt między prawem rodzica do dzielenia się swoim życiem a prawem dziecka do prywatności — a w konsekwencji do kształtowania własnej tożsamości cyfrowej.3

Ręce dziecka na klawiaturze laptopa — cyfrowa rzeczywistość zaczyna się coraz wcześniej

Konsekwencje bywają przy tym bardzo konkretne i wymierne finansowo. Australijski urząd eSafety Commissioner szacuje, że do 2030 roku kradzież tożsamości oparta na danych publikowanych przez rodziców w mediach społecznościowych może odpowiadać nawet za dwie trzecie przypadków oszustw tożsamościowych wymierzonych w osoby niepełnoletnie.4 Imię, data urodzenia, nazwa szkoły, zdjęcie z wakacji z geotagiem — dla kogoś, kto buduje fałszywy profil kredytowy, to komplet materiałów wyjściowych.

„Dzieci nie mają możliwości wyrażenia zgody na budowanie swojej cyfrowej tożsamości. Kiedy dorosną i ją odkryją, może być już za późno, by ją zmienić."

— Sonia Livingstone, London School of Economics

Bagaż, którego nie da się odstawić

Najgłębszy paradoks polega na tym, że ślad cyfrowy rośnie najszybciej w okresie, gdy jego podmiot nie ma żadnego wpływu na ten proces. Noworodek nie protestuje, gdy jego zdjęcie trafia na Instagram. Trzylatek nie rozumie, że filmik z przedszkolnego występu będzie dostępny za dwadzieścia lat. A nastolatek, który w końcu chce przejąć kontrolę nad swoim wizerunkiem, odkrywa, że internet pamięta więcej, niż on sam. To nie jest kwestia technologiczna — to kwestia praw podstawowych. I dopóki nie potraktujemy jej z odpowiednią powagą, cyfrowy bagaż kolejnych pokoleń będzie tylko cięższy.

Powiązane artykuły

Czytaj też: Algorytmy, które znają Twoje dziecko lepiej niż Ty Czytaj też: Kiedy dziecko staje się marką
Robot i sztuczna inteligencja — algorytmy, które profilują dzieci

Algorytmy, które znają Twoje dziecko lepiej niż Ty

Kiedy dziesięciolatek otwiera TikToka, algorytm potrzebuje mniej niż czterdziestu minut, by zbudować zaskakująco precyzyjny profil jego zainteresowań, podatności emocjonalnych i nawyków konsumpcyjnych. To nie hipoteza — to wynik eksperymentów, które powtarzano wielokrotnie od czasu, gdy Eli Pariser po raz pierwszy opisał mechanizm bańki filtrującej.1 Różnica polega na tym, że Pariser pisał o dorosłych. Dzieci są łatwiejsze do sprofilowania, bo ich wzorce zachowań są bardziej przewidywalne, a mechanizmy krytyczne — dopiero w budowie.

Maszyna rekomendacji nie rozróżnia wieku

Systemy rekomendacji YouTube Kids czy TikToka teoretycznie podlegają ograniczeniom wiekowym. Praktycznie — optymalizują pod kątem jednej metryki: czasu spędzonego w aplikacji. Jenny Radesky i jej zespół z Uniwersytetu Michigan przeanalizowali tysiące interakcji dzieci z aplikacjami mobilnymi i doszli do wniosku, że tak zwane dark patterns — manipulacyjne wzorce interfejsu — pojawiają się w aplikacjach przeznaczonych dla dzieci równie często, jak w tych dla dorosłych.2 Pulsujące przyciski wymuszające kliknięcie, fałszywe powiadomienia, nagrody za codzienne logowanie — to nie są błędy projektowe. To architektura zysku.

„Kapitalizm nadzoru nie pyta o wiek. Dla algorytmu dziecko to po prostu użytkownik o wyjątkowo niskim progu manipulacji."

— Shoshana Zuboff, The Age of Surveillance Capitalism

Zabawki, które słuchają

Problem wykracza daleko poza ekrany. Inteligentne zabawki podłączone do internetu — od lalek z mikrofonami po interaktywne roboty edukacyjne — tworzą kolejną warstwę profilowania. Już w 2013 roku Donna Holloway i jej współpracownicy ostrzegali, że Internet Rzeczy w pokoju dziecięcym zmienia fundamentalnie relację między zabawą a nadzorem.3 Dziś inteligentne zegarki dla dzieci przesyłają dane lokalizacyjne w czasie rzeczywistym, asystenci głosowi nagrywają rozmowy prowadzone w pokoju dziecięcym, a algorytmy przetwarzają te informacje, budując profile behawioralne, do których nie ma dostępu ani dziecko, ani często sam rodzic.

Profilowanie algorytmiczne

Automatyczne tworzenie profilu użytkownika na podstawie jego aktywności cyfrowej — kliknięć, czasu oglądania, interakcji, danych z czujników. W przypadku dzieci profil powstaje szybciej i jest bardziej podatny na wykorzystanie komercyjne ze względu na ograniczone mechanizmy obronne młodego użytkownika.

Twarz dziecka w zbiorze treningowym

Jest jeszcze wymiar, o którym większość rodziców nie ma pojęcia. Zdjęcia dzieci publikowane w mediach społecznościowych trafiają do zbiorów danych wykorzystywanych do trenowania modeli sztucznej inteligencji — systemów rozpoznawania twarzy, generatorów obrazów, narzędzi deepfake. Raport UNICEF z 2021 roku wprost wskazuje, że dzieci są nieproporcjonalnie narażone na wykorzystanie ich wizerunku przez systemy AI, bo nie posiadają narzędzi prawnych ani świadomości, by się przed tym bronić.4 Technologia deepfake, która jeszcze kilka lat temu wymagała zaawansowanej wiedzy, dziś jest dostępna w postaci darmowych aplikacji mobilnych. Konsekwencje — od cyberprzemocy rówieśniczej po materiały wykorzystujące seksualnie wizerunek dziecka — nie wymagają rozwinięcia.

Shoshana Zuboff, autorka pojęcia „kapitalizm nadzoru", argumentuje, że cały ten ekosystem nie jest serią przypadkowych nadużyć, lecz spójnym modelem biznesowym, w którym ludzkie doświadczenie — także doświadczenie dziecka — stanowi surowiec do ekstrakcji danych predykcyjnych.5 Dzieci nie są tu ofiarami ubocznymi. Są idealnym użytkownikiem — lojalnym, bezkrytycznym, łatwym do utrzymania w pętli zaangażowania.

Co mogą zrobić rodzice?

Nie chodzi o to, by odciąć dzieci od technologii — to ani możliwe, ani pożądane. Chodzi o to, by rodzice rozumieli reguły gry, w której ich dzieci uczestniczą, zanim nauczą się czytać regulaminy. Poniższe zasady nie eliminują ryzyka, ale znacząco je ograniczają.

01

Audyt prywatności raz na kwartał

Przejrzyj ustawienia prywatności na wszystkich urządzeniach i aplikacjach, z których korzysta dziecko. Wyłącz śledzenie lokalizacji, ograniczaj uprawnienia aplikacji do niezbędnego minimum, sprawdzaj, jakie dane są udostępniane firmom trzecim.

02

Zasada „szukaj zanim wrzucisz"

Przed opublikowaniem zdjęcia dziecka zadaj sobie pytanie: czy moje dziecko za piętnaście lat będzie zadowolone, że to zdjęcie jest w internecie? Jeśli nie masz pewności — nie publikuj. Obejmuje to też zdjęcia z USG i relacje z porodówki.

03

Rozmowy o algorytmach od ósmego roku życia

Dzieci nie muszą rozumieć kodu źródłowego, ale powinny wiedzieć, że aplikacja „chce", żeby spędzały w niej jak najwięcej czasu, i że to, co im pokazuje, nie jest przypadkowe. Proste wyjaśnienia budują odporność na manipulację.

04

Inteligentne zabawki — wyłączaj mikrofon

Jeśli zabawka ma mikrofon, kamerę lub łączy się z internetem, traktuj ją jak urządzenie nadzoru. Wyłączaj funkcje sieciowe, gdy nie są aktywnie używane. Sprawdź politykę prywatności producenta — jeśli jest niejasna, rozważ rezygnację.

05

Osobne konto, prawdziwy wiek

Nie zakładaj dziecku konta z fałszywą datą urodzenia, by ominąć ograniczenia wiekowe. Korzystaj z dedykowanych wersji aplikacji dla dzieci i włączaj wszystkie dostępne mechanizmy kontroli rodzicielskiej — nawet jeśli nie są doskonałe.

06

Prawo do bycia zapomnianym — korzystaj z niego

Na mocy RODO masz prawo żądać usunięcia danych dziecka z serwisów i baz danych. Korzystaj z tego aktywnie: wysyłaj wnioski o usunięcie zdjęć, profilów i danych zebranych bez wyraźnej zgody. To żmudne, ale skuteczne.

Algorytmy nie znikną. Sztuczna inteligencja będzie coraz głębiej wchodziła w codzienność dzieci — w edukację, rozrywkę, relacje społeczne. Pytanie nie brzmi, czy da się ten proces zatrzymać, lecz czy zdążymy zbudować ramy, które uczynią go bezpiecznym. Na razie przegrywamy ten wyścig z czasem.

Powiązane artykuły

Czytaj też: Ślad cyfrowy dziecka Czytaj też: Rekwizyt na scenie, produkt w lejku
Młotek sędziowski na tle dokumentów prawnych – regulacje dotyczące dzieci w mediach

Prawo Coogana w erze TikToka – dlaczego potrzebujemy nowych regulacji

W 1939 roku Jackie Coogan – dziecięca gwiazda Hollywood, która u boku Charliego Chaplina zarobiła fortunę – odkrył, że jego rodzice wydali niemal cały jego majątek. Z czterech milionów dolarów zostało mu niecałe trzydzieści pięć tysięcy. Skandal był na tyle głośny, że stan Kalifornia uchwalił w 1939 roku California Child Actor's Bill, znany później jako Coogan Law – prawo nakładające na rodziców obowiązek odkładania części zarobków dziecka-aktora na specjalny, chroniony rachunek powierniczy. Minęło niemal dziewięćdziesiąt lat, a ten sam problem wrócił w zupełnie nowej odsłonie. Tyle że dziś scena nie jest w Paramount Studios, tylko na TikToku, a zamiast scenariusza jest algorytm.

Prawo Coogana (Coogan Law)

Kalifornijskie prawo z 1939 roku (znowelizowane w 2000 i 2003 r.) zobowiązujące rodziców lub opiekunów dziecka pracującego w przemyśle rozrywkowym do odkładania co najmniej 15% jego zarobków na specjalny rachunek powierniczy (tzw. Coogan Account), do którego dziecko uzyskuje dostęp po osiągnięciu pełnoletności. Prawo reguluje również czas pracy i warunki zatrudnienia małoletnich aktorów.

Miliony z dziecięcego ekranu

Kanał Ryan's World na YouTube, prowadzony przez rodziców chłopca, który zaczął nagrywać recenzje zabawek w wieku trzech lat, wygenerował do 2020 roku przychody szacowane na ponad dwieście milionów dolarów. Ryan Kaji jest najsłynniejszym, ale bynajmniej nie jedynym przypadkiem. W Stanach Zjednoczonych, według raportu Pew Research Center z 2023 roku, filmy z udziałem dzieci poniżej trzynastego roku życia uzyskują na YouTube średnio trzykrotnie więcej wyświetleń niż treści bez ich udziału.1 Za każdym wyświetleniem stoi przychód reklamowy. Za każdym przychodem – dziecko, które nie podpisywało żadnej umowy i nie zobaczy ani grosza, chyba że rodzice zdecydują inaczej.

Problem jest strukturalny, nie moralny. Większość rodziców tworzących treści z udziałem dzieci nie postrzega siebie jako pracodawców – widzą się jako rodzice, którzy po prostu dokumentują codzienność. Ale algorytmy platform nie rozróżniają między domowym filmikiem a profesjonalną produkcją. Jeśli treść generuje miliony wyświetleń i tysiące dolarów miesięcznie, mamy do czynienia z pracą zarobkową – tylko że prawa pracy jej nie obejmują.

Francja: pierwsze prawo, które nazywa rzeczy po imieniu

W październiku 2020 roku Francja uchwaliła ustawę regulującą pracę dzieci-influencerów – pierwszą tego typu na świecie. Prawo, którego autorem był poseł Bruno Studer, nakłada na platformy obowiązek wykrywania i usuwania treści z udziałem małoletnich, gdy te treści mają charakter komercyjny i nie zostały objęte stosownym zezwoleniem. Wymaga też, by zarobki dziecka były deponowane na rachunku powierniczym – wprost nawiązując do logiki Coogan Law – do którego dziecko uzyskuje dostęp po ukończeniu szesnastego roku życia.2

„Nie możemy czekać, aż całe pokolenie dzieci dorośnie i zacznie nas pozywać. Musimy działać teraz, gdy jeszcze możemy chronić ich dzieciństwo."

Francuskie prawo ma jednak wyraźne ograniczenia. Dotyczy wyłącznie treści o charakterze komercyjnym, co pozostawia szeroką szarą strefę – rodzic, który nie zarabia bezpośrednio na filmach z dzieckiem, ale buduje dzięki nim bazę obserwujących, którą później monetyzuje, formalnie nie podlega regulacji. Poza tym egzekwowanie prawa w środowisku cyfrowym okazuje się wyzwaniem logistycznym na skalę, której francuski ustawodawca chyba do końca nie przewidział.

Polska: luka, której nikt nie wypełnia

Polskie prawo w zasadzie milczy na temat dzieci-influencerów. Kodeks rodzinny i opiekuńczy stanowi, że rodzice zarządzają majątkiem dziecka, ale „powinni sprawować ten zarząd z należytą starannością". Kodeks pracy zabrania zatrudniania dzieci poniżej szesnastego roku życia, ale przewiduje wyjątki dla działalności artystycznej i kulturalnej – za zgodą inspektora pracy. Problem w tym, że nagrywanie filmów na YouTube nie jest traktowane jako „działalność artystyczna" w rozumieniu przepisów, choć de facto nią jest. Powstaje więc sytuacja, w której dziecko pracujące w teatrze podlega ochronie prawnej, a dziecko pracujące przed kamerą telefonu w domowym salonie – nie.

Dziecko przed kamerą smartfona – nieregulowana praca w erze cyfrowej

Rzecznik Praw Dziecka w raporcie z 2022 roku zwracał uwagę na brak regulacji dotyczących komercyjnego wykorzystywania wizerunku dzieci w internecie, ale postulaty nie przełożyły się na projekty legislacyjne. Tymczasem rynek rośnie – według szacunków IAB Polska wartość polskiego rynku influencer marketingu przekroczyła w 2024 roku miliard złotych, a treści parentingowe stanowią jeden z najszybciej rosnących segmentów.3

Dzieci nie mają związku zawodowego

Fundamentalna różnica między dzieckiem-aktorem a dzieckiem-influencerem polega na tym, że aktor pracuje w zinstytucjonalizowanym środowisku – jest plan zdjęciowy, producent, umowa, inspektor pracy, ograniczenia czasowe. Influencer pracuje w domu, przed telefonem rodzica, bez żadnej z tych struktur ochronnych. Nie ma inspektora, który sprawdzi, ile godzin dziennie trzylatek spędził przed kamerą. Nie ma rachunku powierniczego, na który trafiają zarobki. Nie ma nawet jasnej definicji, czym jest „praca" w tym kontekście – bo przecież „to tylko zabawa", jak powtarzają rodzice w wywiadach.

Tyle że to zabawa, która generuje realne przychody, buduje realne zasięgi i zostawia realny ślad cyfrowy – ślad, którego dziecko nie może wymazać, gdy dorośnie i zdecyduje, że wolałoby nie być rozpoznawane na ulicy na podstawie filmów nagranych w wieku czterech lat. Potrzebujemy nowego Coogan Law – takiego, które rozumie, że scena XXI wieku to nie Hollywood, lecz algorytm rekomendacji, a kamera nie wyłącza się po okrzyku „cięcie".

Powiązane artykuły

Czytaj też: Kiedy dziecko staje się marką Czytaj też: Ślad cyfrowy dziecka – niewidzialny bagaż
Dziewczynka odwracająca się od kamery – prawo do prywatności i autonomii

Zgoda, której nie było – o autonomii dziecka w świecie sharentingu

W 2019 roku osiemnastoletnia Austriaczka pozwała swoich rodziców za publikowanie bez jej wiedzy i zgody ponad pięciuset zdjęć z jej dzieciństwa na Facebooku. Zdjęcia obejmowały wszystko – od pierwszego karmienia piersią, przez kąpiele w wannie, po wizyty u lekarza. Rodzice argumentowali, że mieli prawo dzielić się radością rodzicielstwa z przyjaciółmi. Córka odpowiedziała, że to nie była ich radość do dzielenia – to było jej ciało i jej prywatność. Sąd przyznał jej rację. Ta sprawa, szeroko komentowana w europejskich mediach, postawiła pytanie, które do dziś nie doczekało się systemowej odpowiedzi: czy dziecko musi dorosnąć, żeby móc powiedzieć „nie"?

Artykuł 16: prawo, które istnieje na papierze

Konwencja o Prawach Dziecka ONZ, ratyfikowana przez Polskę w 1991 roku, w artykule 16 stanowi wprost: „Żadne dziecko nie będzie podlegało arbitralnej lub bezprawnej ingerencji w sferę jego życia prywatnego, rodzinnego lub domowego ani bezprawnym zamachom na jego honor i reputację." Sformułowanie jest jednoznaczne. Problem polega na tym, że Konwencja powstawała w świecie, w którym ingerencja w prywatność dziecka oznaczała artykuł w brukowcu lub zdjęcie zrobione przez paparazzi – nie codzienną transmisję na żywo prowadzoną przez własnych rodziców.1

Steinberg w przełomowym artykule z 2017 roku argumentowała, że sharenting stanowi naruszenie prawa dziecka do prywatności informacyjnej – prawa do kontrolowania tego, jakie informacje na nasz temat są publicznie dostępne. Nazwała to zjawisko „naruszeniem autonomii informacyjnej" i podkreśliła, że rodzice, publikując treści o dzieciach, podejmują nieodwracalne decyzje dotyczące cyfrowej tożsamości osób, które nie są w stanie wyrazić świadomej zgody.2

Autonomia informacyjna (informational self-determination)

Pojęcie wywodzące się z niemieckiego orzecznictwa konstytucyjnego (Recht auf informationelle Selbstbestimmung), oznaczające prawo jednostki do samodzielnego decydowania o ujawnianiu i wykorzystywaniu jej danych osobowych. W kontekście sharentingu odnosi się do prawa dziecka do kontrolowania własnego wizerunku cyfrowego – prawa, które w praktyce jest wykonywane wyłącznie przez rodziców, często wbrew przyszłym interesom dziecka.

Zgoda domniemana, czyli brak zgody

Rodzice publikujący zdjęcia dzieci w mediach społecznościowych zazwyczaj powołują się na domniemaną zgodę – „dziecko się uśmiecha, więc mu to nie przeszkadza" – lub na prawo rodzicielskie do podejmowania decyzji w imieniu małoletniego. Oba argumenty mają poważne luki. Trzylatek uśmiechający się do kamery nie rozumie, że jego twarz zobaczy pięćdziesiąt tysięcy obcych osób. Sześciolatka, która mówi „nagraj mnie", nie pojmuje, że nagranie będzie dostępne za dwadzieścia lat. A dziesięciolatek, który prosi rodzica o usunięcie zdjęcia, często słyszy, że „przesadza".

„Zgoda, której nie można wycofać, nie jest zgodą. To fikcja prawna, którą dorośli konstruują dla własnego komfortu."

Prawo rodzicielskie do podejmowania decyzji w imieniu dziecka opiera się na założeniu, że rodzic działa w najlepszym interesie dziecka. Ale w sytuacji, gdy rodzic czerpie korzyści finansowe lub społeczne z publikowania wizerunku dziecka, pojawia się klasyczny konflikt interesów. Kto w takiej sytuacji chroni interes dziecka? W przypadku rozwodów istnieje instytucja kuratora procesowego. W przypadku sharentingu – nie istnieje nic.

Dorosłe dzieci sharentingu

Pierwsze pokolenie dzieci masowego sharentingu wchodzi właśnie w dorosłość – i nie jest zachwycone tym, co zastaje. Badania prowadzone przez Ouvrein i Verswijvel wskazują, że nastolatki, których rodzice aktywnie uprawiali sharenting, wykazują istotnie wyższy poziom lęku społecznego i niższe poczucie kontroli nad własnym wizerunkiem niż rówieśnicy, których dzieciństwo nie było dokumentowane publicznie.3

Nastolatka zakrywająca twarz dłońmi – konsekwencje utraty prywatności w dzieciństwie

We Francji i Włoszech pojawiły się pierwsze sprawy sądowe, w których dorosłe już dzieci domagają się od rodziców usunięcia treści opublikowanych bez ich zgody – i odszkodowań za naruszenie prywatności. Włoski sąd w Rzymie w 2017 roku nakazał matce usunięcie wszystkich zdjęć szesnastoletniego syna z mediów społecznościowych pod groźbą kary finansowej w wysokości dziesięciu tysięcy euro. Sąd stwierdził, że prawo dziecka do wizerunku ma pierwszeństwo przed prawem rodzica do ekspresji.

Prawo do bycia zapomnianym – nadzieja czy iluzja?

RODO, w artykule 17, gwarantuje prawo do usunięcia danych – tak zwane prawo do bycia zapomnianym. Teoretycznie dorosłe dziecko może zażądać od platform usunięcia wszystkich treści opublikowanych przez rodziców. Praktycznie – internet nie zapomina. Zdjęcia, które trafiły do sieci, zostały skopiowane, udostępnione, zarchiwizowane przez Wayback Machine, wykorzystane przez systemy sztucznej inteligencji do trenowania modeli rozpoznawania twarzy. Prawo do bycia zapomnianym działa w teorii; w praktyce jest jak próba wylania wody z oceanu kubkiem.

Dlatego dyskusja nie powinna koncentrować się wyłącznie na naprawianiu szkód post factum, lecz na zapobieganiu im. Dzieci potrzebują nie tyle prawa do bycia zapomnianym, co prawa do tego, by ich prywatność była chroniona, zanim zostanie naruszona. To wymaga zmiany perspektywy – z pytania „jak usunąć to, co już wyciekło?" na pytanie „jak sprawić, żeby nie wyciekło nigdy?"

Powiązane artykuły

Czytaj też: Ślad cyfrowy dziecka – niewidzialny bagaż Czytaj też: Prawo Coogana w erze TikToka
Ekran telefonu z powiadomieniami z mediów społecznościowych – iluzja bliskości

Obce dzieci, bliskie emocje – parasocjalne relacje w rodzicielskim internecie

Znacie ten moment, gdy influencerka publikuje zdjęcie z podpisem „Hania dzisiaj pierwszy raz powiedziała pełne zdanie!" – i czujecie ciepło, dumę, niemal rodzicielską radość? Nie znacie Hani. Nigdy jej nie spotkaliście. Nie wiecie, jak wygląda, gdy płacze o trzeciej w nocy, ani jak reaguje, gdy nikt nie patrzy. A mimo to macie wrażenie, że ją znacie – że towarzyszycie jej dorastaniu, że jesteście częścią jej historii. To wrażenie ma nazwę, i to nazwę starszą niż internet: relacja parasocjalna.

Horton i Wohl: teoria z 1956 roku, która przewidziała TikToka

Donald Horton i Richard Wohl opublikowali w 1956 roku artykuł, który przez dekady pozostawał akademicką ciekawostką, a dziś czyta się jak proroctwo. Opisali w nim zjawisko „interakcji parasocjalnej" – jednostronnej relacji emocjonalnej, jaką widzowie telewizyjni nawiązują z osobami występującymi na ekranie. Widzowie czują, że znają prezentera, ufają mu, reagują na jego emocje – mimo że prezenter nie wie o ich istnieniu.1 Horton i Wohl pisali o telewizji. Nie mogli przewidzieć Instagram Stories, ale mechanizm, który opisali, nie tylko przetrwał – został przez media społecznościowe spotęgowany do skali, która zamazuje granicę między relacją prawdziwą a wyobrażoną.

Różnica między telewizją lat pięćdziesiątych a Instagramem lat dwudziestych jest jednak zasadnicza. Prezenter telewizyjny występował w ramie programu – widz wiedział, że ogląda przedstawienie. Influencer rodzicielski występuje w ramie codzienności – widz ma wrażenie, że zagląda do czyjegoś domu, do czyjegoś życia, do czyjegoś dzieciństwa. Format relacji na żywo, stories znikających po dwudziestu czterech godzinach i „bezcosowych" filmów nagranych telefonem buduje estetykę autentyczności, która jest w istocie najskuteczniejszą formą performansu.

Relacja parasocjalna

Jednostronna więź emocjonalna nawiązywana przez odbiorcę mediów z osobą medialną (celebrytą, influencerem, postacią fikcyjną). Odbiorca odczuwa bliskość, zaufanie i zaangażowanie emocjonalne, mimo że osoba medialna nie zna go i nie jest świadoma jego istnienia. W kontekście rodzicielskiego internetu relacje parasocjalne dotyczą nie tylko influencerów-rodziców, ale również – a może przede wszystkim – ich dzieci.

Kiedy obce dziecko staje się „nasze"

Parasocjalne relacje z dorosłymi influencerami są dobrze opisane w literaturze – wiemy, że widzowie czują się związani z twórcami, że traktują ich jak przyjaciół, że reagują emocjonalnie na ich sukcesy i porażki. Ale relacje parasocjalne z dziećmi influencerów to zjawisko jakościowo inne i znacznie bardziej niepokojące. David Giles, badacz relacji parasocjalnych z Uniwersytetu w Winchester, wskazuje, że dzieci wywołują silniejszą i bardziej instynktowną reakcję emocjonalną niż dorośli – mechanizm ewolucyjny, który w kontekście mediów społecznościowych staje się podatnością na manipulację.2

Obserwatorzy rodzicielskich kont nie tylko śledzą życie dziecka – emocjonalnie w nie inwestują. Komentarze pod postami z dziećmi influencerów pełne są sformułowań typowych dla bliskich relacji: „jak ona urosła!", „nie mogę się doczekać, aż zobaczymy pierwszą comunię", „płakałam, gdy zobaczyłam, że poszedł do szkoły". To nie jest retoryka obserwatora – to retoryka kogoś, kto czuje się uczestnikiem. I właśnie ta iluzja uczestnictwa jest niebezpieczna.

„Pięćdziesiąt tysięcy obcych osób czuje, że 'zna' twoje dziecko. Żadna z nich nie zapytała go o zgodę na tę znajomość."

Od iluzji bliskości do naruszenia granic

Relacja parasocjalna sama w sobie nie jest patologią – Horton i Wohl podkreślali, że to naturalny mechanizm psychologiczny. Problem zaczyna się, gdy iluzja bliskości prowadzi do działań w świecie rzeczywistym. A w przypadku dzieci influencerów dzieje się to niepokojąco często. Rodzice tworzący treści z udziałem dzieci raportują otrzymywanie przesyłek pocztowych adresowanych do ich dzieci od obcych osób. Opisują sytuacje, w których nieznajomi na ulicy zwracają się do ich dziecka po imieniu. Niektórzy przyznają, że musieli zmienić miejsce zamieszkania po tym, jak obserwatorzy zaczęli pojawiać się pod ich domem.

Tłum ludzi wpatrzonych w ekrany telefonów – masowa konsumpcja cudzej prywatności

To nie są marginalne incydenty. Badania nad stalkingiem celebrytów, prowadzone między innymi przez Lorraine Sheridan z Curtin University, wskazują, że osoby wchodzące w intensywne relacje parasocjalne z medialnymi postaciami mają istotnie wyższe ryzyko zachowań przekraczających granice – od natarczywego kontaktowania się, przez fizyczne zbliżanie, po groźby.3 Gdy obiektem relacji parasocjalnej jest dziecko, ryzyko to nabiera wymiaru, o którym większość rodziców-influencerów nie chce nawet myśleć.

Praca emocjonalna, której nikt nie zlecał

Jest jeszcze jeden wymiar tego zjawiska, rzadko omawiany: emocjonalna praca, jaką dzieci influencerów wykonują nieświadomie. Dziecko przed kamerą nie tylko „jest sobą" – ono dostarcza emocji dziesiątkom tysięcy obcych ludzi. Jego radość jest konsumowana jako rozrywka. Jego smutek generuje empatię i zaangażowanie. Jego pierwsze kroki, pierwsze słowa, pierwszy dzień w szkole – to wszystko jest przetwarzane przez maszynę parasocjalnej konsumpcji emocji. Arlie Hochschild pisała o pracy emocjonalnej w kontekście stewardes i sprzedawców. Dzieci influencerów wykonują tę pracę w skali, którą Hochschild uznałaby za niewyobrażalną – i robią to za darmo, bez świadomości, bez zgody i bez możliwości odmowy.

Rodzicielski internet obiecuje autentyczność, wspólnotę, bliskość. Ale bliskość, której jedna strona nie jest świadoma, to nie relacja – to projekcja. A projekcja emocji na dziecko, które nie wybrało roli obiektu masowego przywiązania, to nie wspólnota – to eksploatacja, tyle że emocjonalna zamiast ekonomicznej. Że często jest jednym i drugim, nie czyni sytuacji mniej niepokojącą.

Powiązane artykuły

Czytaj też: Rekwizyt na scenie, produkt w lejku Czytaj też: Algorytmy, które znają Twoje dziecko lepiej niż Ty
Dziecko bawiące się na placu zabaw w słoneczny dzień

Kiedy ekran zastępuje plac zabaw – mit i rzeczywistość cyfrowego dzieciństwa

Niewiele tematów potrafi tak niezawodnie podnieść ciśnienie rodzicom jak pytanie o czas ekranowy. Z jednej strony stoją apokaliptyczni wizjonerzy, według których każda minuta spędzona przed tabletem wyżera dziecięcy mózg niczym kwas. Z drugiej — technologiczni optymiści przekonujący, że iPad to współczesny plac zabaw, tylko lepszy, bo bez kleszczy. Prawda, jak to zwykle bywa, nie leży pośrodku — leży gdzie indziej i wymaga znacznie więcej niuansów, niż pozwala na to twitterowy wątek.

Skąd wzięły się magiczne dwie godziny

W 2019 roku Światowa Organizacja Zdrowia opublikowała wytyczne dotyczące aktywności fizycznej i czasu ekranowego dzieci poniżej piątego roku życia. Rekomendacja była jasna: zero ekranów przed pierwszym rokiem życia, maksymalnie godzina dziennie dla dzieci w wieku od dwóch do czterech lat, a w przypadku rocznych i dwuletnich maluchów — „im mniej, tym lepiej".1 Media natychmiast uprościły to do chwytliwego hasła „dwie godziny", które zaczęło funkcjonować jako uniwersalny limit dla wszystkich dzieci w każdym wieku — czego WHO nigdy nie twierdziło.

Problem z wytycznymi WHO polega na tym, że traktują czas ekranowy jako jednorodną kategorię. Godzina spędzona na oglądaniu autoplaya przypadkowych filmików na YouTube i godzina wspólnej gry edukacyjnej z rodzicem to z perspektywy rozwoju dziecka dwa zupełnie różne doświadczenia. Tymczasem w statystykach obie liczą się tak samo.

Przybylski i koniec moralnej paniki

Andrew Przybylski, psycholog z Oxford Internet Institute, od lat prowadzi badania, które systematycznie podważają uproszczoną narrację o szkodliwości ekranów. W głośnym artykule z 2017 roku, opartym na danych ponad 120 tysięcy brytyjskich nastolatków, Przybylski i Weinstein wykazali, że umiarkowane korzystanie z technologii cyfrowych nie jest w ogóle związane z pogorszeniem dobrostanu psychicznego — a w niektórych przypadkach koreluje z jego poprawą.2 Nazwał to „hipotezą Złotowłosej" — nie za dużo, nie za mało, w sam raz.

„Debata o czasie ekranowym przypomina debatę o telewizji z lat sześćdziesiątych. Wtedy też mieliśmy pewność, że nowe medium zniszczy następne pokolenie. Nie zniszczyło."

Kluczowe odkrycie Przybylskiego dotyczy jednak czegoś znacznie ważniejszego niż sam czas. To nie ilość minut przed ekranem ma największe znaczenie, lecz kontekst: co dziecko robi, z kim to robi i co w tym czasie nie robi. Trzylatek, który ogląda bajkę na kolanach mamy i rozmawia z nią o tym, co widzi na ekranie, uczy się w zupełnie inny sposób niż trzylatek pozostawiony sam z tabletem w restauracji, żeby nie przeszkadzał dorosłym.

Aktywne kontra pasywne — rozróżnienie, które naprawdę ma znaczenie

Badacze z American Academy of Pediatrics od kilku lat posługują się rozróżnieniem na czas ekranowy aktywny i pasywny. Aktywny to interakcja, tworzenie, komunikacja — dziecko rysuje na tablecie, buduje w Minecrafcie, rozmawia z babcią przez wideopołączenie. Pasywny to konsumpcja bez zaangażowania poznawczego — nieskończone przewijanie, autoplay, hipnotyczny ciąg krótkich filmików, z których żaden nie wymaga refleksji.

Dziecko z tabletem w rękach, skupione na ekranie

To rozróżnienie ma solidne podstawy neuronaukowe. Rachel Barr z Georgetown University wykazała, że dzieci poniżej trzeciego roku życia uczą się z ekranów znacznie gorzej niż z interakcji bezpośredniej — ale ta różnica, znana jako „deficyt transferu wideo", dramatycznie maleje, gdy obok dziecka siedzi dorosły, który komentuje, zadaje pytania i łączy to, co dzieje się na ekranie, z rzeczywistym doświadczeniem dziecka.3 Innymi słowy: ekran sam w sobie nie jest ani dobry, ani zły. Jest narzędziem, którego wartość zależy całkowicie od sposobu użycia.

Deficyt transferu wideo

Zjawisko polegające na tym, że małe dzieci (poniżej 3. roku życia) uczą się z materiałów wideo znacznie gorzej niż z bezpośredniej interakcji z drugim człowiekiem. Efekt ten zmniejsza się, gdy dorosły aktywnie towarzyszy dziecku podczas oglądania — komentuje, zadaje pytania, odnosi treści do codziennego doświadczenia dziecka.

Ale nie wszystko jest w porządku

Byłoby intelektualnie nieuczciwe zostawić dyskusję w punkcie „ekrany są neutralne". Nie są — przynajmniej nie dla wszystkich grup wiekowych i nie w każdym kontekście. Istnieją realne powody do niepokoju, szczególnie w odniesieniu do dzieci poniżej drugiego roku życia, u których intensywna ekspozycja na szybko zmieniające się bodźce wizualne może zaburzać rozwój uwagi i regulację emocji. Nie chodzi tu o demonizowanie technologii, lecz o uznanie prostego faktu: mózg rocznego dziecka rozwija się w tempie i w sposób, który wymaga przede wszystkim kontaktu z żywym człowiekiem, ruchu, dotyku i eksploracji fizycznego świata.

Drugim realnym problemem jest wypieranie. Każda godzina spędzona przed ekranem to godzina niespędzona na zabawie swobodnej, na podwórku, w interakcji z rówieśnikami. Dla starszych dzieci, które mają rozwiniętą zdolność samoregulacji, to kwestia balansu. Dla dwulatka, który dopiero buduje podstawowe kompetencje społeczne i motoryczne, każda godzina zabawy z klockami, biegania i kopania piłki ma wartość, której żadna aplikacja edukacyjna nie jest w stanie zastąpić.

Co naprawdę mogą zrobić rodzice

Zamiast liczyć minuty z zegarkiem w ręku i pogrążać się w poczuciu winy za każdą bajkę włączoną przy obiedzie, warto skupić się na zasadach, które faktycznie mają oparcie w badaniach.

01

Oglądaj razem z dzieckiem

Wspólne oglądanie — tak zwane co-viewing — to najskuteczniejszy sposób na przekształcenie pasywnego czasu ekranowego w aktywny. Komentuj to, co dzieje się na ekranie, zadawaj pytania, łącz treści z codziennym życiem dziecka. Dla małych dzieci obecność dorosłego zmienia jakość doświadczenia ekranowego fundamentalnie.

02

Pytaj „co", nie „ile"

Zamiast obsesyjnie mierzyć czas, zwróć uwagę na to, co dziecko robi przed ekranem. Tworzenie, eksploracja i komunikacja to zupełnie inna kategoria niż bierne przewijanie. Aplikacja, w której dziecko buduje, rysuje lub rozwiązuje problemy, jest czymś innym niż nieskończony feed krótkich filmików.

03

Chroń czas przed snem

Jedyne ograniczenie czasowe, które ma naprawdę silne poparcie naukowe, dotyczy ekranów na godzinę przed snem. Niebieskie światło i stymulacja poznawcza zaburzają zasypianie i jakość snu — niezależnie od treści. Ta zasada obowiązuje zresztą również dorosłych.

04

Nie bój się nudy

Sięganie po tablet za każdym razem, gdy dziecko się nudzi, odbiera mu szansę na rozwinięcie kluczowej kompetencji: umiejętności samodzielnego organizowania sobie czasu. Nuda jest motorem kreatywności. Pozwól dziecku się ponudzić — może odkryje, że klocki w szafce są ciekawsze niż kolejny odcinek.

Debata o czasie ekranowym nie skończy się jutro i nie powinna. Ale warto ją prowadzić na podstawie dowodów, a nie lęku. Ekrany nie zastąpią placu zabaw — ale plac zabaw nie zastąpi też dobrze zaprojektowanej aplikacji edukacyjnej. Rodzicielstwo w erze cyfrowej polega na umiejętności rozróżniania jednego od drugiego i na odwadze przyznania, że odpowiedź rzadko mieści się w nagłówku artykułu.

Powiązane artykuły

Czytaj też: Algorytmy, które znają Twoje dziecko lepiej niż Ty Czytaj też: Ślad cyfrowy dziecka — niewidzialny bagaż, który rośnie od kołyski
Paryż — widok na wieżę Eiffla, symbol Francji, która przewodzi regulacjom cyfrowym

Francja pokazuje drogę – jak Europa reguluje cyfrowe dzieciństwo

Kiedy w październiku 2020 roku francuski parlament jednogłośnie przyjął ustawę regulującą pracę dzieci-influencerów, większość europejskich komentatorów potraktowała to jako ciekawostkę — prawo stworzone na wyrost, pod wpływem kilku spektakularnych afer. Minęło kilka lat i okazuje się, że Francja nie zareagowała na wyrost. Zareagowała jako pierwsza na problem, z którym reszta Europy wciąż nie wie, co zrobić.

Loi n° 2020-1266: dziecko to nie pracownik, ale też nie atrakcja

Francuska ustawa, potocznie nazywana „prawem o dzieciach-influencerach", weszła w życie 20 października 2020 roku i wprowadziła zasady, które wcześniej obowiązywały wyłącznie w branży filmowej i reklamowej, na terytorium mediów społecznościowych. Kluczowy mechanizm jest prosty: jeśli dziecko poniżej szesnastego roku życia pojawia się regularnie w treściach generujących przychód, jego praca podlega tym samym regulacjom co praca dzieci-aktorów. Rodzice muszą uzyskać zezwolenie prefektury, czas „pracy" jest limitowany, a część zarobków trafia na zablokowane konto, do którego dziecko uzyska dostęp po osiągnięciu pełnoletności.1

Ustawa wprowadza również coś, co można nazwać „prawem do zapomnienia na żądanie": dziecko, po ukończeniu szesnastego roku życia, ma prawo zażądać usunięcia wszelkich treści z udziałem swojego wizerunku opublikowanych przez rodziców. Platformy są zobowiązane do realizacji takiego żądania. To rozwiązanie eleganckie w swojej prostocie — nie zabrania rodzicom publikowania, ale daje dziecku realne narzędzie odzyskania kontroli nad własnym wizerunkiem.

„Prawo dziecka do wizerunku nie może być zakładnikiem prawa rodzica do wyrażania siebie. To dwie różne wolności i w przypadku konfliktu pierwszeństwo ma słabsza strona."

RODO i artykuł 8: europejski fundament, którego nikt nie egzekwuje

Francja nie działała w próżni prawnej. Ogólne rozporządzenie o ochronie danych osobowych — RODO — obowiązujące w całej Unii Europejskiej od maja 2018 roku, zawiera artykuł 8, który wprost odnosi się do przetwarzania danych dzieci. Rozporządzenie ustala, że zgoda na przetwarzanie danych osobowych dziecka w kontekście usług cyfrowych jest ważna dopiero od szesnastego roku życia — choć państwa członkowskie mogą obniżyć ten próg, nie niżej jednak niż do trzynastego roku życia.2

Problem w tym, że artykuł 8 RODO dotyczy zgody dziecka jako użytkownika usług cyfrowych — nie reguluje sytuacji, w której to rodzic publikuje dane dziecka. Mamy więc paradoks: trzynastolatek nie może sam założyć konta na Instagramie, ale jego matka może prowadzić konto z setkami zdjęć tego samego trzynastolatka, i RODO niewiele ma do powiedzenia. Francuska ustawa z 2020 roku próbuje tę lukę załatać, ale robi to wyłącznie na terytorium jednego kraju.

Młotek sędziowski na tle dokumentów prawnych — regulacje dotyczące ochrony dzieci w sieci

Brytyjski Age Appropriate Design Code: projektowanie z myślą o dziecku

Wielka Brytania, już po brexicie, poszła inną drogą. Zamiast regulować zachowanie rodziców, Age Appropriate Design Code — obowiązujący od września 2021 roku — nakłada obowiązki na platformy i twórców aplikacji. Piętnaście zasad, od domyślnych ustawień prywatności po zakaz wykorzystywania dark patterns wobec użytkowników poniżej osiemnastego roku życia, tworzy ramy, w których to projektanci technologii, a nie rodzice, ponoszą odpowiedzialność za bezpieczeństwo dzieci.

Efekty były natychmiastowe i wymierne. TikTok wyłączył powiadomienia push dla użytkowników poniżej szesnastego roku życia po godzinie 21. Instagram wprowadził domyślnie prywatne konta dla osób poniżej szesnastki. YouTube zablokował autoplay w wersji dla dzieci. Żadna z tych zmian nie wynikała z dobrej woli korporacji — wynikała z realnej groźby wielomilionowych kar nakładanych przez Information Commissioner's Office.

Age Appropriate Design Code (AADC)

Brytyjski kodeks projektowania odpowiedniego dla wieku, obowiązujący od 2021 roku. Nakłada na platformy cyfrowe obowiązek domyślnej ochrony prywatności użytkowników poniżej 18. roku życia — od wyłączenia geolokalizacji po zakaz profilowania w celach komercyjnych. Pierwszy akt prawny, który przerzuca odpowiedzialność z rodziców na twórców technologii.

COPPA po amerykańsku: lekcja, czego nie robić

Na drugim brzegu Atlantyku Stany Zjednoczone próbują chronić dzieci w internecie od 1998 roku, kiedy to uchwalono Children's Online Privacy Protection Act — COPPA. Ustawa nakłada na platformy obowiązek uzyskania „weryfikowalnej zgody rodzica" przed zbieraniem danych dzieci poniżej trzynastego roku życia. Brzmi rozsądnie. W praktyce COPPA stała się studium przypadku regulacji, która osiąga odwrotny efekt od zamierzonego.3

Platformy, zamiast tworzyć bezpieczne środowiska dla dzieci, po prostu ustanawiają minimalny wiek rejestracji na trzynaście lat i umywają ręce. Weryfikacja? Pytanie o datę urodzenia, które każdy dziesięciolatek potrafi obejść. COPPA de facto stworzyła system, w którym miliony dzieci korzystają z platform „dla dorosłych" bez żadnej ochrony, bo platformom opłaca się udawać, że ich użytkownicy mają trzynaście lat. To przestroga dla europejskich legislatorów: prawo, które łatwo obejść, jest gorsze niż brak prawa, bo tworzy iluzję bezpieczeństwa.

Polska: cisza przed burzą?

Na tle Francji, Wielkiej Brytanii, a nawet Stanów Zjednoczonych polska sytuacja prawna wygląda niepokojąco pusto. Polskie prawo chroni wizerunek dziecka na podstawie kodeksu cywilnego (artykuł 23 i 24) oraz ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych (artykuł 81), ale te przepisy pisano z myślą o fotografii prasowej, nie o codzianych relacjach na InstaStories. Ustawa o RODO implementująca unijne rozporządzenie ustaliła wiek cyfrowej zgody na szesnaście lat, ale — podobnie jak w reszcie Europy — nie reguluje publikowania treści z wizerunkiem dziecka przez samych rodziców.

Rzecznik Praw Dziecka wielokrotnie sygnalizował problem, ale jego kompetencje kończą się na „występowaniu do odpowiednich organów". Nie ma w Polsce instytucji, która mogłaby interweniować, gdy rodzic monetyzuje wizerunek dziecka w mediach społecznościowych — chyba że dochodzi do ewidentnego naruszenia dóbr osobistych na tyle poważnego, by uzasadnić interwencję sądu rodzinnego. To bardzo wysoki próg, który w praktyce oznacza, że ogromna szara strefa sharentingu komercyjnego pozostaje poza zasięgiem regulacji.

Co musi się zmienić

Europa potrzebuje spójnego podejścia, które połączy francuski nacisk na ochronę zarobków i prawa do zapomnienia z brytyjskim przerzuceniem odpowiedzialności na platformy. Dyrektywa Unii Europejskiej, nie zaś mozaika krajowych rozwiązań, mogłaby ustanowić minimalne standardy obejmujące obowiązkowe konta powiernicze dla dochodów generowanych z udziałem wizerunku dziecka, prawo dziecka do usunięcia treści po osiągnięciu dojrzałości cyfrowej oraz odpowiedzialność platform za aktywne wykrywanie komercyjnej eksploatacji wizerunku nieletnich.

Francja pokazała, że to nie jest utopia legislacyjna — da się uchwalić prawo, które chroni dzieci w internecie, nie zamieniając go w policyjne państwo ani nie zabraniając rodzicom dzielenia się radością z narodzin potomka. Pytanie brzmi, czy reszta kontynentu pójdzie tym śladem, zanim kolejne pokolenie dorośnie i odkryje, że jego cyfrowa tożsamość została ukształtowana bez jego udziału.

Powiązane artykuły

Czytaj też: Prawo Coogana – jak Hollywood chroniło dzieci-aktorów Czytaj też: Zgoda, której dziecko nie może wyrazić

Dlaczego beztroskielata.pl?

Wierzymy, że dzieciństwo powinno być chronione — również w przestrzeni cyfrowej. Piszemy, badamy i edukujemy, żeby tak się stało.

Nasza misja

beztroskielata.pl powstało z przekonania, że rozmowa o dzieciach w internecie nie powinna ograniczać się do alarmistycznych nagłówków ani branżowego żargonu. Chcemy budować przestrzeń, w której socjologia spotyka się z codziennością, a badania naukowe stają się zrozumiałe dla każdego rodzica, nauczyciela i opiekuna.

Nie jesteśmy przeciwko technologii — jesteśmy za świadomym jej używaniem. Nie potępiamy rodziców, którzy dzielą się zdjęciami swoich dzieci — chcemy, żeby rozumieli konsekwencje swoich wyborów. Nie straszmy — informujemy, wyjaśniamy i proponujemy rozwiązania oparte na dowodach naukowych.

Rzetelność

Każdy tekst oparty na recenzowanych źródłach naukowych

Ochrona dzieci

Prawa i bezpieczeństwo najmłodszych zawsze na pierwszym miejscu

Przystępność

Złożone tematy wyjaśniane zrozumiałym, ludzkim językiem

Równowaga

Ani panika, ani bagatelizowanie — szukamy złotego środka

Zespół redakcyjny

Nasze teksty tworzą badaczki i publicystki, które łączą doświadczenie akademickie z umiejętnością pisania dla szerokiego odbiorcy.

Weronika Kamińska

Weronika Kamińska

Socjolożka, doktorantka UJ. Bada wpływ mediów społecznościowych na relacje rodzinne.

Marta Nowicka

Marta Nowicka

Medioznawczyni i publicystka. Specjalizuje się w etyce mediów cyfrowych.

Aleksandra Zielińska

Aleksandra Zielińska

Psycholożka dziecięca, badaczka UW. Zajmuje się wpływem technologii na rozwój dziecka.

Dla kogo piszemy

Nasze materiały kierujemy przede wszystkim do rodziców, nauczycieli i studentów nauk społecznych. Jeśli piszesz pracę licencjacką lub magisterską o sharentingu, bezpieczeństwie cyfrowym dzieci lub komercjalizacji dzieciństwa — znajdziesz tu nie tylko inspirację, ale też solidną bazę bibliograficzną z odesłaniami do oryginalnych źródeł.

Jeśli jesteś rodzicem, który chce lepiej rozumieć cyfrowy świat swojego dziecka — witaj. Nie będziemy Cię oceniać. Będziemy Ci pomagać.

Kontakt

Masz pytanie, sugestię lub chcesz zaproponować współpracę? Chętnie przeczytamy Twoją wiadomość.

Porozmawiajmy

Szukasz eksperta do komentarza? Chcesz wykorzystać nasze materiały w pracy naukowej? A może masz pomysł na artykuł, który powinien się u nas pojawić? Daj znać — odpowiadamy na każdą wiadomość.

redakcja@beztroskielata.pl
Kraków, Polska
Odpowiadamy zwykle w ciągu 48 godzin
Dziękujemy! Twoja wiadomość została wysłana. Odpowiemy najszybciej, jak to możliwe.

Bibliografia

Pełny wykaz literatury, na której opierają się materiały prezentowane na stronie.

Abidin, C. (2015). Communicative intimacies: Influencers and perceived interconnectedness. Ada: A Journal of Gender, New Media, and Technology, (8).
Abidin, C. (2017). #familygoals: Family Influencers, Calibrated Amateurism, and Justifying Young Digital Labor. Social Media + Society, 3(2).
Archer, C. (2019). How influencer 'mumpreneur' bloggers and 'everyday' mums frame presenting their children online. Media International Australia, 170(1), 47–56.
AVG Technologies (2014). Digital Birth: Welcome to the Online World. Raport badawczy.
Blum-Ross, A., Livingstone, S. (2017). "Sharenting," parent blogging, and the boundaries of the digital self. Popular Communication, 15(2), 110–125.
Bourdieu, P. (1986). The Forms of Capital. W: J. Richardson (red.), Handbook of Theory and Research for the Sociology of Education (s. 241–258). New York: Greenwood.
Bourdieu, P. (2005). Dystynkcja. Społeczna krytyka władzy sądzenia. Warszawa: Wydawnictwo Naukowe Scholar.
Brosch, A. (2016). When the Child is Born into the Internet: Sharenting as a Growing Trend among Parents on Facebook. The New Educational Review, 43(1), 225–235.
eSafety Commissioner (2020). Sharenting trends in Australia. Australian Government.
Goffman, E. (1959). The Presentation of Self in Everyday Life. New York: Doubleday. (wyd. pol.: Człowiek w teatrze życia codziennego, 2008, Aletheia).
Hogan, B. (2010). The Presentation of Self in the Age of Social Media. Bulletin of Science, Technology & Society, 30(6), 377–386.
Holloway, D., Green, L., Livingstone, S. (2013). Zero to Eight: Young Children and Their Internet Use. London: EU Kids Online.
Kopecky, K. i in. (2020). Phenomenon of sharenting and its risks in the online environment. Proceedings of ICERI 2020, 7060–7068.
Kumar, P., Schoenebeck, S. (2015). The Modern Day Baby Book: Enacting Good Mothering and Stewarding Privacy on Facebook. Proceedings of CSCW '15, 1302–1312.
Leaver, T. (2020). Born Digital? Presence, Privacy, and Intimate Surveillance. W: J. Green i in. (red.), The Routledge Companion to Digital Media and Children. London: Routledge.
Livingstone, S., Stoilova, M., Nandagiri, R. (2019). Children's data and privacy online: Growing up in a digital age. London: LSE.
Ouvrein, G., Verswijvel, K. (2019). Sharenting: Parental adoration or public humiliation? Children and Youth Services Review, 99, 319–327.
Pariser, E. (2011). The Filter Bubble: What the Internet Is Hiding from You. London: Penguin Books.
Radesky, J. i in. (2020). Young Children's Use of Smartphones and Tablets. Pediatrics, 146(1).
Siibak, A., Traks, K. (2019). The dark sides of sharenting. Catalan Journal of Communication & Cultural Studies, 11(1), 115–121.
Steinberg, S. B. (2017). Sharenting: Children's Privacy in the Age of Social Media. Emory Law Journal, 66, 839–884.
UNICEF (2021). Policy guidance on AI for children. New York: UNICEF.
Zuboff, S. (2019). The Age of Surveillance Capitalism. New York: PublicAffairs. (wyd. pol.: Wiek kapitalizmu inwigilacji, 2020, Zysk i S-ka).
Barr, R. (2019). Growing Up in the Digital Age: Early Learning and Family Media Ecology. Current Directions in Psychological Science, 28(4), 341–346.
Giles, D.C. (2002). Parasocial Interaction: A Review of the Literature and a Model for Future Research. Media Psychology, 4(3), 279–305.
Horton, D., Wohl, R.R. (1956). Mass Communication and Para-Social Interaction: Observations on Intimacy at a Distance. Psychiatry, 19(3), 215–229.
Konwencja o Prawach Dziecka (1989). Przyjęta przez Zgromadzenie Ogólne ONZ 20 listopada 1989 r. Dz.U. 1991, nr 120, poz. 526.
Loi n° 2020-1266 du 19 octobre 2020 visant à encadrer l'exploitation commerciale de l'image d'enfants de moins de seize ans sur les plateformes en ligne. Journal Officiel de la République Française.
Przybylski, A.K., Weinstein, N. (2017). A Large-Scale Test of the Goldilocks Hypothesis. Psychological Science, 28(2), 204–215.
Sheridan, L., North, A., Maltby, J., Gillett, R. (2007). Stalking, knowing and obsessional intrusion. W: J. Bentham (red.), Stalking and Psychosexual Obsession. John Wiley & Sons, 73–95.
World Health Organization (2019). Guidelines on physical activity, sedentary behaviour and sleep for children under 5 years of age. WHO, Geneva.